| Link 03.07.2006 :: 00:46 Komentuj (5) jak zwykle kombinuje... tak tak, 'kombinuje' to moje ulubione slowo, a kombinowanie to ulubione zajecie. dzis jak codzien, jak zwykle tez.. wszystkie zdjecia zrobione obiektywem zenit 58f2, plus 'przystawka' ![]() makro wciaga.., ale czego brakuje panu konikowi...? ![]() ten juz nie wybrakowany, ale z lekka niekumka ![]() ![]() Link 18.07.2006 :: 16:52 Komentuj (3) Link 26.07.2006 :: 11:31 Komentuj (18)Dzien 21 czyli wszedzie dobrze, a na stacji najlepiej pan ktory zdecydowal sie nas podwiesc do villaviciosa, moze lepiej nie bede jego osoby przyblizac, ze wzgledu, ze moja mama to czyta i pewnie bedzie sie bala. ale nam wczoraj, po chyba 16h drogi, juz bylo wszystko jedno z kim jak i gdzie. ale owy pan mimo swojego wygladu okazal sie bardzo w porzadku czlowiekiem. wysadzone w koncu kolo 2 w nocy na stacji benzynowej na autostradzie W DOBRYM KIERUNKU!!! troche sie pokrecilysmy, zjadlysmy conieco i rozbilysmy nasz przenosny domek na miekiej trawce na stacji. jedynym mankamentem byl zdechly golabek obok naszego namiotu, ale niegrozny chyba byl wiec udalo nam sie przezyc calo i spokojnie noc snem kontrolowanym z gazem w rekach hehe. rano anitka oczywiscie, a w zasadzie w nocy bo chyba o 7 rano kazala mi sie wywlekac z namiotu i pakowac z wieeelkim truddddem, ale jakos mnie wyciagnela, w sumie sama sie dziwie jak. sniadanie na stacji, kawa, mycie w ogole fulwypasy i po chwili czekania zatrzymali sie chlopcy wracajacy z calonocnej imprezy hehe. zapakowali nas do swojego golfika I ktory pod wplywem naszego ciezaru i naszych plecakow na kazdym zakrecie i lekkim wyboju lekko ocieral, skrzypial i brzmial jak by mial lada chwila wybuchnac. nie wiem jakzesmy dojechaly, ale przed santander kawalek nas wysadzili na fajnej stacji, gdzie chyba z 2h czekalysmy na kogokolwiek. ale zatrzymala sie parka hiszpan i amerykanka i to jadacy bezposrednio do san sebastian, zatrzymali sie chbya bo mnie sama zobaczyli, (anita poszla kawe kupic), a miejsca za duzo to nie mieli, ale jak sie dowiedzialam, ze tylko jada do san sebastian to nie mogli nas nie wziasc mimo swojego mikroautka jakos z plecakami na kolanach dojechalysmy do SAAAAAAAAAAAAAN SEBASTIAN!!! w ogole to tato amerykanki jak sie okazalo 7 lat stopem jezdzil se wszedzie wiec ona jak tylko widzi jakis autostopowiczow to sie zatrzymuje hehe. w San sebastian szybko obczailysmy miasto, oczywiscie juz wiemy gdzie 2 internet cafe sa, to podstawa dzialania w miescie, potem informacja turystyczna info o kempingach i chcemy ruszac w droge sie zakwaterowac gdzies na noc, a tu zonk, pani informacja mowi, ze lepiej zadzownic na kempingi, bo moze nie byc miejsc. w okolicy san sebastian jest 20 kempngow. nie ma zadnego miejsca. 0 (zero) miejsc na kempngach. full. pelne wszystko. ale ze my ogarniente to sie ogarniamy. znalazlysmy dworzec, przechowywalnie bagazu. zostawilysmy niepotrzebne rzeczy (w czym niestety nasz przenosny domek tez) i znow jestesmy na internecie. nie mamy dzisiaj gdize spac, w sumie nie tylko dzisiaj, ale przez najblizsze 4 dni, bo do wtorku jest fiesta i jest full. ale nie jestesmy tu same, bo spotykamy niesamowita ilosc ludzi radzacych sobie w podobny sposob jak my. mam za to moj samonapompowywalny sie materac i plaze. i super, po za tym, ze jak zawsze jak zmieniamy miejsce i nie mamy gdize spac PADA. HEHE tak samo wlasnie teraz :) no ale nic. damy rade. dodam jeszcze tylko, ze za nami juz ponad 3000km, jeszcze tylko niecale 2000¨:) ![]() Dzien 20 czyli znow podrozujemy w dniu 20 jechalysmy 7 stopami, albo 8 nawet. przez caly dzien nie przejechalysmy nawet polowy drogi. ciezka droga bardzo. wydostac sie z arteixo, bo tam mialysmy kemping, potem na wylotowke, stoimy stoimy stoimy i caly czas krotkie stopy. kolo 22 jednak wyladowalysmy w gijon, mimo szczerej niecheci, ale to za sprawa fajnego chlopaka ktory chcial nas kawalek podrzucic, ale nic a nic nic nic nie mowil po angielsku, ani slowka. snowboardzista tak przy okazji powiem. do tej przyokazji dodam jeszcze, ze w galicjii (zachodnio polnocna czesc hiszpanii (uwazana przez galijczykow za osobny kraj, tak jak np.katalonia, kraj baskow etc.)) nikt a nikt nikt nikt (1000% nikt) nie mowi po angielsku. co powodowalo nam niemale opoznienia w drodze. jak juz pisalam w nocy wysadzone nagle w gijon, przez godzine szukalysmy wylotowki, albo czegokolwiek, z ciazacymi nam juz naprawde plecakami i zadzwonil do mnie tato pytajac sie gdzie jestem, odpowiedzialam - jak to wczesniej z anita podsumowalysmy - w malej dupie, ale sklamalam. przepraszam tato. bylysmy w wielkiej dupie. przeogromnej. w koncu nie wiem jak pytajac sie kazdego, rozmawiajac po hiszpansku, katalonsku, gijonsku, portugalsku, jakos dotarlysmy do drogi, teoretycznie, jak nam powiedziano prowadzacej do santander. po drodze mijajac przerazajacy burdel i urzytkownikow tejze instytucji rowniez. ale cale i zdrowe znalazlysmy stacje benzynowa na ktorej postanowilsymy sie dowiedziec czy to aby dobra droga. niestety. i oczywiscie nikt nie mowil po angielsku. no ale jakis laskawy pan podszedl do nas i powiedzial,z e lepiej wsiadziemy do autobusu i pojedizemy do villaviciosa, bo tam jest autostrada na sansander (nie wzial pod uwage, ze byla 1 w nocy chyba, ale to nic) jezykiem migowym wytlumaczylam panu obslugujacemu stacje, ze chce kawalek kartonika i napisalam sobie villaviciosa i nagle szok, podjezdza pan. w dresiku pseudoadidasa na guziczki z boku i mowi nam ze tam jedzie hehe. uratowane.. Dzien 19 zrobilysmy sobie 15km spacerek po okolicznych wybrzezach. ponad 5h. mam dziure w japonku na cala piete, wiec kupilam sobie nowe. znaczy nie moglam sie zdecydowac jakie se kupic wiec kupilam sobie 2 pary wiec pewnie bede musiala zrezygnowac z jedzenia niedlugo w ogole, bo wszystkie limity oszczednosci i takie tam bzdury jakie probujemy sobie nazucic na nic sie zdaja. dzisiaj 15km, a jutro przed nami ok 700km to san sebastian od razu. omijamy santander jednak. Dzien 16. czyli..maly nms, czyli nei chce mi sie pisac. pozdrawiam. i mamy sie dobrze. Dzien 15 czyli wreszcie nicnierobstwo.. jak juz wczesniej pisalam, jestesmy w a coruna. dotarcie na camping zajelo nam ponad 2h, potem jeszcze 1h na piechote od autobusu. ale naprawde bylo warto, bo jest wreszcie to o co nam chodzilo.. czyli piekne plaze, nie takie skomercializowane wszystko jak np. na costa bravie. praktycznie 0 obcokrajowcow na campingu, nikt nie mowi po angielsku. a jak pszyszlysmy do minimarcado cempingowego kupic sobie kolacje, to pytajac sie czy jest open, czy tez nie, pan nic nie kumajacy przyslal nam babke zeby z nami pogadala, ale pani babka akurat mowila po francusku. hehe. ale za to duzo osob mowi po niemiecku, wiec moze damy rade. ps. mamo czy moja ciemnia jest we wroclawiu w pokoju w szafie? ps2. tato czy moze moja ciemnia jest w budingen w piwnicy? napiszcie mi jakiegos smsa i zacznijcie sie cos martwic o mnie wreszcie coooo? no Dzien 14 czyli brudne i smierdzace, ale w a coruna obudzilysmy sie z rana kolo 7, ja z pogryziona przez cos twarza i rekami, (ale wole nie wiedziec co to nawet) umyslysmy sie na stacji, przenioslysmy oboz na bardziej widoczne miejsce, zjadlysmy sniadanko z automatu i kawke od pana czuwajacego wypilysmy i po kilku minutach zatrzymal sie portugalczyk nie mowiacy nic a nic po angielsku, ale za to nam juz coraz lepiej idzie portugalski.. hehe. wysadzil nas pod santiago gdzie wzia nas skacowany hiszpan i wysadzil pod sama informacja turystyczna w a coruna :) wreszcie cos pozytywnego. mamy spis kempingow i internet cafe i wreszcie jestesmy w miescie ktore nie smierdzi. bo po najbardziej smierdzacym miescie europy - porto - taka mila odmiana napewno nam sie przyda. teraz juz tylko wakacje na plazy, a za 3-4 dni znow.. w strone santsander. ![]() Dzien 13 czyli dzien 13... i moj pierwszy raz.. add. kolejny dzien z serii dlugie musze opsisac, bo takowy wczorajszy dzien byl. po nieudanym stopie do lisbony i kilku godzinach szukania kolejnej wylotowki stanelysmy zrezygnowane w strone drogi do bragi. po prawie 2 godzinach zatrzymal sie pan rybak ktory podwiozl nas moze z 60km, wysadzil na stacji i od razu znalazl dla nas nastepny samochod z para ktora w ogole nei mowila slowa po angielsku. wysadzili nas przy bramkach na autostradzie 2km od granicy z hiszpania. jako iz byla juz noc, a w caly dzien przejechalysmy 100km, rozbilysmy sobie oboz na parkingu, zaprzyjaznilysmy sie z panem co w budce obok czuwal cala noc, dostalysmy kawe i w ogole bylo fajnei, dopoki w miejscu gdzie upatrzylysmy sobie na spanie, nie przyszedl pan z innej budki ze zmijka na patyku znaleziona w krzakach. okazalo sie to norma tam, ale mnie to troche przerazilo, wiec przemily pan zaproponowal nam nocleg w aucie bez szyby ktore tam stoi juz od roku. nie skorzystalysmy. napisalysmy tabliczke wielkosci ponad 1,5 metra z napisem a coruna, rozlozylysmy se karimatki, spiworki, anita zrobila sobie pedikir i salon kosmetyczny i poszlysmy spac... wczorajszy dzien o dziwo zakonczyl sie o 3:30 nad ranem tutejszego czasu. w miedzyczasie zmienily sie nasze plany co do a coruny, na lisbone, z powodu tego ze mamy duzo czasu jeszcze. zgubny plan. wiec teraz opisze moj pierwszy raz. bylo to tak, ze dzisiaj wstalysmy, spakowalysmy sie, doszylysmy 3km na wylotowke na lisbone, stalysmy 2h. i tak wlasnie wygladal moj pierwszy raz.. jak nie zlapalam stopa. dalysmy se spokoj. pojechalysmy autobusem do porto i siedzimy gdzies w jakiejs arabskiej internetowej cafe. a za 15 min ruszamy dalej. tym razem zgodnie z planem na a corune. ale chyba tez nie bedzie latwo, bo lapanie stopa w portugali do przyjemnosci nie nalezy. tak wiec dzien 13 jest dla nas dniem pechowym, no ale coz, dobrze by bylo gdyby sie jeszcze nie rozpadalo do tego, bo wtedy spanie na stacji benzynowej, albo gdzies na plazy, dobije mnie do reszty. pierwszy raz rowniez - mam dosc. Dzien 12 czyli oszczedzamy.. add. -za nasza podroz -za la corune -za porto -za polskie dziewczyny -za portugalskich chlopcow -za carlosa manuel... hehe swieze wiesci z frontu: dzisiaj anita nie przyniosla mi sniadanka. zeszla mi lekko skora z klaty. mimo braku funduszy kultywujemy tradycje i standardowo kawka, ciasteczko i internet. doszly pieniadze do anity, wiec moze bedziemy miec co jesc. portugalczycy sa ladni portugalki nie musimy kupic balsam, ale kosztuje 5 euro, wiec szukamy jakiegos za 2 pijamy wina do 1,5 euro. jutro ruszamy dalej. zerwal sie w nocy wiatr taki, ze moja pranie ktore usiluje wyschnac juz od paryza, przez barcelone, dalej jest brudne i mokre. wypralam spodnie w ace i dalej sa plamy ale jakies inne kolejne. pete dzwonil pytac sie jak sie czujemy. wykapalam sie wczoraj w zimnym atlantyku ktory mnie troche potargal. po portugalsku sumo to napoj, a obrigado to dziekuje wyladowala mi sie bateria w ipodzie dalej nie mamy ladowarki do tele, bo anicie ukradli tele razem z ladowarka nie klocimy sie juz 3 dzien kolejnosc przypadkowa Dzien 12 czyli jednak sie dziwie... ...dlaczego panstwo Hilton nazwali swoja corke Paris, a nie Porto!! nieporownywalnie ladniejsze jest Porto od Paryza, choc moze sie to wydawac dziwne co pisze, tak wlasnie jest. poza tym to w -jak nam sie wydawalo- super taniej portugalii, wczoraj na samo jedzenie wydalysmy ponad 25 euro. dlatego juz nas jednak dzisiaj nie stac na sniadanie, obiad i kolacje.. hehe. i tak nam sie tu spodobalo, ze - mimo zakazu opalania sie toples - zostaniemy tu jeszcze jeden dzien dluzej. do tego wlasnie anita kazala mi napisac, ze mi przynosi codziennie sniadanka, co oczywiscie musze napisac, bo jeszcze jej sie odwidzi. heh. malym mankamentem tej sielanki jest tylko to ze te sniadanka sa juz przed 9 rano.. a doliczajac do tego ejszcze zmiane czasu to juz w ogole. a pozatym, to nie musimy spac gdzies po knajpach, mamy co jesc,nikt nas nie okradl, mamy czym placic (prawie), zwiedzamy se, obijamy sie, korzystamy z internetu, wiec ogolnei rzecz biorac moge napsiac NUDYYYYY! zero atrakcji. :) i pozdrawiamy wszystkich czytaczy! add. juz jednak sie nie dziwimy dlaczgo w portugalii panuje zakaz kompieli nago, a opalanie sie toples jest nie na miejscu.. my jako 'szalone' autostopowiczki postanowilysmy sprobowac zmienic ten zwyczaj, lecz jednak okazalo sie to w pewnym stopniu zgubne. otoz po niedlugim czasie naszego 'toplesowania' wyczail nas najprawdopodobniej jakis portugalczyk, ale zalatujacy z wygladu arabem. ktory wcisna swoje 'jajognioty' (kompielowki) w pupe i rozlozyl sie 2 metry od nas i co robil to niech juz sie kazdy domysli.. w kazdym razie nie male bylo nasze zdziwienie, a jeszcze wieksze jego rozczarowanie, kiedy po zorientowaniu sie w jego dziwnym zachowaniu szybko sie zawinelysmy. jednak nie jest nudno :) Dzien 11 czyli zimne wiatry Atlantyku... jestesmy sobie na fajnym kempingu 50m od plazy, kawalek od porto. wrescie przystepne ceny, (nie koloryzujac to ponad polowe taniej niz we francjii, badz hiszpanii) wiec stac nas na sniadanie, obiad i nawet kolacje. kemping kosztuje 4,5euro za noc, ale jest jakis podejzany, przynajmniej ja sie go boje. ale ladniej niz w paryzu na nim jest. wlasnie siedzimy sobie na super portugalskiej kawce a zaraz jedziemy zwiedzac Porto, bo naprawde miasto ejst niesamowite. brudne, smierdzace ale za to ma swoj klimat. zostaniemy tu jeszcze moze z 2 dni i jedziemy dalej na polnoc w strone hiszpanii, gdzie planowo mamy odwiedzic jeszcze a corune, santsander i na koncu san sebastian, gdzie juz mamy z pete umowiony transport 20sierpnia do strasburga, czyli pod sama niemiecka granice, gdzie pojedziemy dalej do frankfurtu. cieszysz sie tato? ps. wrzucilam mapki dla orientacji gdzie to sie znajdujemy, a wieczorem wrzuce zdjecia. Dzien 10 czyli stres powoduje jeszcze wiekszy stres.. ... po niesamowicie dlugim dniu (przejechaniu ponad 1300km ze wschodniego wybrzeza na zachodnie) ktory sie skonczyl po 4 nad ranem w nadbrzeznej knajpce a zaczal juz 2h pozniej po obudzeniu przez stroza z wiescia (oczywiscie po hiszpansku) z ktorej wywinioskowalysmy ze mamy sie wynosic juz.. ale nie bylo tak zle jak sie okazalo bo przyszedl jakis kolejny stroz z innej knajpki, mowiacy po angielsku tylko 'tlelw o klok' i 'maj bajk' (ktory okazal sie motorem) zaprowadzil nas do innej knajpko targu ktory niby mial byc otwierany o 12, ale obudzila sie anita o 8 z ogromna mewa z jeszcze wiekszym dziobem tuz przy twazy co zniechecilo ja chyba do dalszego snu w supermiejscowce. co niestety odbilo sie tez na mnie i moj ciezki sen ktorego nawet mewy nie zaklucaja. po lekkiej sytuacji stresowej anita przeprowadzila sie do mak donalda, gdzie jak ja doszlam po 10 minutach (tylko dlatego, ze pani sprzataczka poinformowala mnie po hiszpansku o czyms nei wiem dokladnie czym ale chyba, ze musze isc...) robila sobie pedikiur pod zamknietym jeszcze mak donaldem.. chwila wyjasnien i jedziemy do porto bo pogoda w vigo nie najlepsza. po godzince spacerku z naszymi plecakami ktore juz mozemy podnosic samodzielnie doszlysmy do wylotowki i po kilku mniejszych przygodach dojechalysmy do Portugali do PORTO. narazie najbardziej to miejsce podczas naszej podrozy zrobilo na mnie wrazenie, ale o tym juz pozniej. jutro napisze gdzie jestesmy teraz. ![]() Dzien 9 Czyli Taxowkostopem przez europe... Nawet nie wiem jak zabrac sie do opisywania tego dnia bo w sumie trwal ponad 22 godziny a nawet nie wiem czy nie dluzej..wiec jak nie masz czasu to nawet nie zaczynaj czytac. ale zaczne od poczatku czyli od placenia za kemping pieniedzmi ktorych jeszcze nie ma. bylo to nielada wyzawanie ktore zaczelo sie juz w dzien 8.. ale w gwoli wyjasnienia zaznacze, ze paryz i wybrzeze costa brava oraz barcelona sa bardzo drogie dlatego wlasnie w ciagu tygodnia jakos nam przemknelo ponad polowa funduszy przeznaczonych na miesiac. hehe. no i do tego brak portfela anity jeszcze pogorszyl sytuacje. ale jakos ta sytuacja chyba przez caly dzien do nas nie docierala i sobie pojechalysmy do barcelony na zwiedzanie, wiedzac, ze do 23 musimy zaplacic 60 euro (mialysmy 10, ktore notabene wydalysmy na bagietke potem:) no i dlugo by jeszcze opowiadac, ale udalo nam sie po godzinie 1 w nocy okielznac cala sytuacje. i pojsc jeszce spokojnie na winko.. a pobudka 3h pozniej bo Pete (Peto, albo Peta) zadzwonil nam i powiedzial, ze przyjezdza o 6 rano, wiec pobudka o 5, czyli jak normalnie inni mieszkancy kempingu dopiero na niego wracaja po imprezie. no i anitka postanowila sie przed dluga droga wykapac, i przy okazji naladowac w toalecie telefon, bo owa toaleta na kempingu za 9 euro za noc miala kontakty.. jak sie okazalo troche zgubne, bo za 10 minut telefonu juz nie bylo.. tak wiec mamy juz tylko 1 portfel i 1 telefon, ale za to jeszcze 3 aparaty :) i anita jest odemnie w pelni (PELNI - 100%) uzalezniona odemnie hehe. dobra idziemy dalej o 6 rano spakowane juz w ciemnosciach czekamy na wjezdzie na kemping. i czekamy. i czekamy. dodam jeszcze, ze Peto mial tylko numer anity co troche komplikowalo sytuacje. no ale po godzinie 7 przyjechal po nas. wiedzialysmy ze udajemy sie do Leon, jest to na polnocnym zachodzie hiszpani. ale nie wiem czemu wydawalo nam sie ze jest to 500km maksymalnie wiec nielada zdziwienie bylo kiedy po pytaniu retorycznym ile mamy kilometrow do Leon okazalo sie ze jednak jest to 900km. no ale nic co mamy zrobic jedziemy.. mile bylo nasze zaskoczenie ze jak powiedzial tak przyjechal po nas, kolejne to pyszne sniadanko za ktore uparl sie nam zaplacic (nawet nie wiedzac ze i tak nie stac nas na nie hehe) dalej to obiad za 50 euro (czyli nasz ponad 2 dniowy budzet), za ktore oczywiscie tez zaplacil. no ale nic wracamy do drogi, ktora myslalysmy ze skonczy sie kolo 12, moze 13 i juz bedziemy w Leon gdzie zadecydujemy co dalej robimy ze soba, ale o tej godzinie dopiero bylysmy w 1/3 drogi a nawet nie. ale przejechanie przez cala hiszpanie, pireneje itd, nosi ze soba tak duze wrazenia przynajmniej dla mnie, ze drugiej notatki takiej by trzeba zeby to opisac. kolo godziny 20 nasza przeprawa z przez hiszpanie z pete sie zakonczyla na stacji benzynowej ktorej szukal dla nas odpowiedniej przez ponad 1,5h i dalej nie byl zadowolony ze nas tak biedne same zostawia. przemily pan. wysadzone gdzies za Leone po 1000km drogi, mialysmy kilka wyjsc gdzie tu sobie pojechac, (albo zostac u Pete mamy na noc, ale nie chcialysmy marnowac dnia) mogla to byc a Coruna, Vigo, albo Porto. w koncu padlo na vigo bo najkrotsza droga tam prowadzila. 20min na stacji i zatrzymal sie David. troche nieogarniety mlody czlowiek, ktory jak otworzyl bagaznik to wbilam sie w lekki szok jak zobaczylam buty snowboardowe i jakies gadzety do zonglowania i krecenia ogniami i tak dalej. ledwo sie zmiescilysmy do jego fury, i kolejne zaskoczenie ze do Vigo nie jest okolo 150km, jak mi sie wydawalo, a 300km, no ale nic. po drodze mijalysmy dosc sazne chmury, ale David zapewnial nas ze w tym regionie nigdy nie pada.. po troche ponad 3h dojechalismy do Vigo gdzie David zabral nas na mala przejazdzke zapoznajaca z miastem (malo turystycznym, bardziej przemyslowym) i niesamowitymi naprawde widokami. kolo godziny 1 w nocy oczywiscie sie rozpadalo, lunelo niesamowicie wiec z naszego spania na plazy malo bylo, David szukal dla nas jakiejs miejscowki, ale srednio to wychodzilo a zblizala sie 2 w nocy wiec zaproponowal nam zebysmy sie przespaly u niego, ale my odwazne odmowilysmy (zalujac potem niesamowicie). z winem i chrupkami (nasza kolacja) usiadlysmy pod jakas zamknieta knajpka pod daszkiem, rozkladajac sobie dziurawy jak sie potem okazalo, parasol cocacoli. (oczywiscie z gazem w rece:) po jakiejs pol godzinie mialam i ja i anita tak serdecznie dosyc ze poprosilam zebysmy sie przeniesli gdzies gdzie wczesniej mijalysmy jezscze otwarta knajpke. chlopcy ktorzy tam pracowali okazali sie niesamowicie sypmatyczni i po chwili rozmowy oni po hiszpansku (z ktorego umiemy tylko 'ola', 'si' i 'torro') okazalo sie ze mozemy zostac w tej knajpce pod daszkiem ze strozem juz po jej zamknieciu. gdy dobiegla 4 godzina stroz pozamiatal podloge na ktora rozlozylam tylko moj samonadmuchiwalny sie hehe materacyk i od razu zasnelam. anita czuwala :)... ![]() Dzien 8 El Masnou Dzisiaj w nocy a w zasadzie z rana zorientowalysmy sie ze tuz przy wyjsciu z naszego namiotu biegnie szlak jakis mrowek wedrownych chyba. anitka spedzila cala noc z telefonem podswietlajac i zabijajac mrowki w namiocie, nastepnie w ogromnym upale spala cala zawinieta w spiwor z obawy na male mroweczki. :) jutro o 6 rano pete do leon, albo gdzies dalej jak sie uda do portugalii, zobaczymy. wyruszamy o 7. lekki problem tylko mamy bo nie mamy jak zaplacic za cemping.. i przeszlysmy na przymusowa diete. sniadanie brzoskwinka, obiadek pol bagietki, a na kolacje juz nie mamy... ale jeszcze tylko 3 tygodnie hehe Dzien 7 Barcelona najlepiej zwiedza sie takie miasta bez przewodnika, to fakt, ale jednak zawsze lepiej wiedziec ktore miejscowki w jakim miescie omijac. no my nie wiedzialysmy. co sie skonczylo spacerem w miejscach ktore jeszce nie wkroczyly z nami w XXI wiek. malo brakowalo do dostania w przyslowiowy.. no wiesz. ale zyjemy. i gazy pod kontrola caly czas :) zaraz bede zgrywac zdjecia i moze cos wrzuce zaraz jak sie uda. plan na kolejne dni to w sumie dalej bezplan, ale jak sie uda to za jakies 2 dni ruszamy dalej z panem Pete, albo Peto nie pamietam jak sie nazywal. HOLA!! super, wlasnie po napisaniu tych notatek wyszlysmy z kafejki i anita zorientowala sie ze czegos brakuje. tak tak portfela. w sumie na La Rambla bo tu wlasnie owa sytuacja miala miejsce jest to norma, niestety. teraz chodzimy z torbami wcisnietymi w lapy. bo zostala nam juz tylko jedna karta do bankomatu hehe. chyba zaraz ja sobie w majtalony wsadze zeby nie bylo niespodzianek kolejnych. Dzien 6 czyli mokrych snow ciag dalszy... Costa Brava Po przejechaniu z jednym panem w zupelnie nie planowanym kierunku 1100km (planowo mialysmy dojechac do bordeux a potem na polnocne wybrzeze hiszpani) okolo godziny 3 nad ranem wysadzil nas pan 15km przed barcelona na plazy jak same z reszta chcialysmy. nie wiem jak miejscowosc ta sie nazywala, ale przechadzajac sie brzegiem morza rana szukajac jakiejs przyjaznej miejscowki na krotki sen napadly nas psy hehe. ale oczywiscie z moja powaga i spokojem w oczach opanowalam cala sytuacje i przetrwalysmy noc na plazy z gazem w reku :) anita tak mocno kontrolowala sytuacje i miala gaz pod kontrola, ze budzac sie z rana nie mogla go w ogole znalesc. i zeby nie bylo nam za dobrze juz o 8 rano obudzil nas deszcz... tak tak. ja poszlam spac pod jakis daszek na plazy, a anita zwiedzac miasto, w zasadzie miasteczko. skonczylo sie to 2 i polgodzinna wyprawa z napotkana stara hiszpanka nie mowiaca w ogole po angielsku.. ale anita zna juz miasto jak wlasna kieszen. po ktrotkich poszukiwaniach znalazlysmy kemping ktory mial byc tani.. przynajmniej moja nadzieja byla, ze bedzie tanszy niz w paryzu, ale zonk. 9 euro od osoby, ale mamy kemping z basenem, w el masao - jak sie okazalo strasznie burzujskiej miejscowce. a w nocy wygladalo jak miasto widmo. zostaniemy tu troche.. Dzien 5 1000km po mokrych snach z rana znow obudzil nas deszcz, a ze plan byl taki, ze ruszamy na poludnie tak to tez sie stalo. jednak wyjechanie z paryza nie jest takim prostym zadaniem i tak o to mialysmy wyjechac o 9 a w rzeczywistosci na wylotowce z paryza stanelysmy kolo godziny 15, chwila zamotania 2 stopy w ogole nie wiem czy w dobrym kierunku, wiec piszemy kartke - orlean, i w tym momencie kiedy kartka juz prawie napisana zatrzymal sie pan odziwo choc troche mowiacy po angielsku, co nam sie wczesniej zadko zdazalo. no nic jedziemy z nim teoretycznie do autostrady na orlean, ale pan powiedzial, ze se jedzie do barcelony dzisiaj. no to czemu nie... ![]() Dzien 4 czyli mokre sny w Paryzu w prawdzie z kolacji z winiako jabolkiem pod wieza na ktora wydalysmy ponad 20 euro heh, nic nie wyszlo bo przyszla wlasnie buuuurza. taka jakiej mojej oczy jeszcze nie widzialy. no i tym sposobem... z racji nieodpowiedzniej ilosci ´sledzi´ i nie zamkniecia przezemnie namiotu stalo sie najgorsze co nas moglo spotkac. troche nas podlalo spiwory i inne gadzety mokre. no ale nic do godziny 1 w nocy sytuacja opanowana byla. PARIS Dzien 1-3 teraz Niedziwie sie, ze panstwo Hilton dali swojej corce na imie Paris. jutro ponad 1000km przed nami, w kierunku bordeaux, ale planowo hiszpania i san sebastian. zdjecia juz niedlugo jak tylko znajde nie wbudowany wsciane komputer. |
FOTOGRAFIE KRZYSIA FEMI Pleasure DianiSława Maruyuca Marek Ogien Krzysztof Dubiel MaxBmx Malgorzata S. 2008 august july june may april march february january 2007 december november october september august july june may april march february january 2006 december november october september august july june may april march february january 2005 december november |